Michał Poniewski polemizuje w Anną Świętochowską.

Pani doktor zaproponowała kilka postulatów, które dotyczą Kultury. Moje przemyślenia związane z tym:

Ad. 1. Odseparowanie kultury od polityki, zwłaszcza samorządowej.

Utopia. Jak świat światem kultura nie miała możliwości rozwoju bez przychylności władz. Propozycja piękna, ale znając naszą tradycję do proponowanej Rady Kultury zasiedli by odpowiednio umotywowani społecznicy określonych preferencji politycznych.

Ad 2. Duże instytucje kultury, otrzymujące dotacje pow. iluś tam milionów i wszystkie instytucje o statusie narodowych powinny mieć zwyczajnie Rady Nadzorcze – w których skład wejdą nie tylko eksperci związani ze sztuką, ale też spece od zarządzania, przedstawiciele władz, największych sponsorów, miłośników instytucji etc. To jest postulat na poziomie basic.

OK, Tyle, że to już działa w przypadku np. muzeów, gdzie są już Rady Muzeów pełniące taką właśnie rolę. A kto by wyłaniał przedstawicieli Rady i na jakich zasadach? No i pytanie, czy wielozadaniowa gminna instytucja kultury mająca dotację na poziomie np. 1,2 mln zł przy budżecie 2 mln zł również miałaby wchodzić w zakres rady nadzorczej? Czym w takim razie różni się taka instytucja od takiej, która ma budżet w wysokości 2,5 mln zł przy dotacji zaledwie 0,9 mln zł? Te sztywne kryteria są bezzasadne w przypadku gminnych ośrodków kultury. W takim wypadku wybieramy drogę – każda instytucja samorządowa musi posiadać radę, albo radę powinna posiadać każda powyżej gminy, powiatu? Kryteria są bardzo istotne bo mogą mieć duże znaczenie dla działalności takich instytucji. Czy ośrodek kultury z 2 mln. Dotacji, posiadający 2 obiekty i 12 pracowników może równać się z ośrodkiem zatrudniającym 25 pracowników i posiadającym 10 obiektów? Dużo pytań…

Ad. 3. Dobrym rozwiązaniem jest wprowadzenie tzw. QUANGOs (quasi-autonomous non-governmental organisations) – organizacji działających na zasadzie „przedłużonego ramienia” (arm’s length principle). Według tej reguły, administracja publiczna nie uczestniczy bezpośrednio w realizacji zadań, lecz czyni to za pośrednictwem specjalnie powołanych, wyspecjalizowanych organizacji, które pozostają niezależne.

Obawiam się, że to pierwszy krok do prywatyzacji Kultury. Rozmontowania zależności od samorządów, rozmycie finansowania na dotacje zadaniowe (grantoza) i w kolejności przejmowanie zarządu nad Kulturą przez stowarzyszenia, które jak działają wiemy sami 😀

Ad. 4. Dalej – konieczne jest wsparcie indywidualne artystów poprzez rozbudowany system ubezpieczeń społecznych i szerszą ofertę stypendialną (to jak to wygląda w tej chwili, urąga wszelkim standardom)

Jestem za!

Ad. 5. Kolejnym krokiem jest promocja mecenatu prywatnego – nie chodzi tylko o zwiększenie środków, ale też większą kontrolę nad wydawaniem finansów publicznych. Z moich doświadczeń wynika, że gdyby w działanie niektórych instytucji zaangażowane były jakiekolwiek prywatne fundusze, to nie miałoby prawa dziać się tam to, co się tam działo

A co dokładnie się działo? Nie wiem jakie ma Pani doświadczenia, ale  w instytucji zarządzanej przeze mnie panuje transparentność. Nie stosujemy ekshibicjonizmu księgowego, ale też nie ukrywam wydatków w razie pytań. Wydatki na naszą największą doroczną imprezę były publikowane przez prasę, a sprawozdania są w dowolnej chwili dostępne dla każdego odwiedzającego nasz BIP. To kwestia kontroli i jednocześnie powierzania stanowisk osobom zaufanym i sprawdzonym.

Ad. 6. Konieczna jest zmiana ustawy o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej. I to w wielu punktach. Najbardziej newralgiczny wydaje mi się zapis, że „prowadzenie działalności kulturalnej jest zadaniem własnym jednostek samorządu terytorialnego o charakterze obowiązkowym”, niemniej „jednostki samorządu terytorialnego organizują działalność kulturalną, tworząc samorządowe instytucje kultury”. W związku z powyższym na przykład nieudolny teatr publiczny dostaje dotacje w wysokości np. 3 mln, a znakomity teatr offowy jak dobrze pójdzie to w konkursie ofert raz na rok dostanie 50 tys. O braku kompletnego wsparcia dla niezależnych, oddolnych inicjatyw to nawet szkoda mówić. Powinno się wspierać działalność w oparciu o efekty, sposób zarządzania, realizację celów, a nie formę prawną.

Zgadzam się z Panią, że ustawę przydałoby się zmienić, ale nie w tym zakresie o którym Pani pisze. Czy ma Pani świadomość, że gdyby nie obowiązek utrzymania przynajmniej jednej instytucji kultury w każdej gminie, to duża część domów kultury, bibliotek czy innych centrów i ośrodków zostałaby zupełnie zlikwidowana? Tym punktem zabezpieczone jest działanie instytucji kultury w takich gminach, gdzie jest około 6 tys. mieszkańców, pracuje 4 ludzi, w tym 2 w bibliotece (bo ustawa o bibliotekach!) i dwóch jako uniwersalni menedżer – księgowy – animator – specjalista od promocji.

Mam wrażenie, że ma Pani spojrzenie na sprawy dużego miasta (Słupsk jest raczej średni) z jego specyfiką w zarządzaniu kulturą (wiele instytucji, brak należytych wyników), natomiast nie zna Pani problemu małych ośrodków kultury i ich problemów. Proponuję zacząć od rozmów w gronie tych co Kulturę tworzą i rozpowszechniają – jest nas bardzo dużo w całym kraju.

Ad. 7. Ostatni punkt to edukacja kulturalna – nad tą kwestią chyba trzeba by pochylić się osobno, do czego się już od miesięcy przymierzam.

Temat-rzeka. Począwszy od zajęć rytmiki w przedszkolach (dzieci nie potrafią nawet chodzić w rytm melodii!), a po zajęcia dla seniorów (dla których jest coraz więcej, a le dostęp wciąż bywa kosztowny). Nie będę rozwija tematu, bo tu jesteśmy zgodni – trzeba nad nią pracować!

Ad.  Z obecnych deklaracji Profesora Glińskiego wynika, że cofniemy się z polityką kulturalną jeszcze bardziej do PRLu – zakładając, że sposób zarządzania kulturą w Polsce w ogóle coś od tego PRLu raczył był ewoluować – co do tego generalnie mam bardzo duże wątpliwości. Największym problemem uczestnictwa w kulturze jest jej elitarność – która dalej będzie priorytetem władz. Natomiast największe korzyści dla rozwoju gospodarczo-społecznego przynoszą: indywidualna kreatywność, budowanie oddolnych, społecznych, niezależnych inicjatyw – które są i pozostaną na totalnym marginesie polityki kulturanej.

Nie pamiętam tamtych czasów zbyt dobrze. Zaledwie zacząłem edukację szkolną, a tu jakieś zmiany, okrągłe stoły, itd. Dla mojego pokolenia to tylko historia, podobnie jak reformy z 1997 r. to historia dla dzisiejszych dwudziestolatków. Dlatego my nie będziemy tego porównywać. Mamy swoje oczekiwania i z pewnością nie są one ani pochodną liberalizacji finansowania Kultury ani jej centralizacji w myśl lewicowych doktryn. Jest to raczej przejście do samostanowienia grup lokalnych i decydowania w swoim środowisku jakiej Kultury się oczekuje. Pod tym względem uważam, że ewolucja już się dokonuje. W gminach wprowadza się projekty obywatelskie, gdzie z budżetu finansowane są przedsięwzięcia kulturalne, to ludzie decydują czy jakiś festiwal ma się odbyć czy nie. Podobnie ze zbiórkami publicznymi w tzw. platformach start-up-owych. W tym zakresie ingerencja Państwa mogłaby jedynie zmusić samorządy (ale i na MKiDN) do subsydiowania na kulturę określonych kwot (procent budżetu). Ja głośno namawiam naszych radnych do takich zmian, by finansowanie kultury w gminie sięgało 5% całości budżetu. Za daleko nam do codziennych zajęć w dużych miastach, a mamy swoje skarby, które chcemy chronić i swoje talenty, które chcemy rozwijać.

Dużo mam przemyśleń, aż nie wiem czy niezbyt chaotycznie to wyraziłem. Mam nadzieję na rzeczową dalszą dyskusję w tym temacie.

 

Michał Poniewski

Dyrektor Wronieckiego Ośrodka Kultury