Pomimo toczącej się kampanii wyborczej, dyskusja o wynagrodzeniach w sektorze kultury raczej nie ma szans, aby stać się częścią głównych przekazów kampanijnych ani partii rządzącej, ani partii aspirującej do rządzenia.

Raczej nie zmieni tego również cytowana przez onet.pl wypowiedź Marszałkini Sejmu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej podczas otwarcia VIII edycji Suwałki Blues Festiwal. – Teraz czas najwyższy, żeby ludzie w instytucjach kultury lepiej zarabiali – powiedziała M. Kidawa-Błońska (artykuł dostępny tutaj).

Konkretów niestety jak zwykle zabrakło, jednak Pani Marszałkini powiedziała coś ważnego i prawdziwego.  – Ludzie zasługują na więcej, gdyż często pracujący na rzecz kultury to „pasjonaci”, którzy realizują swoje wizje i pasje, a nie pracę.

Pomimo nikłego rezonansu, to ważna wypowiedź, bo do tej pory słyszeliśmy najczęściej coś innego. Zwykle nasza pasja wręcz była uzasadnieniem niskich płac. Skoro ludzie kultury realizują swoje pasje, to mogą mało zarabiać, bo realizacja pasji “w pracy”, to przecież bonus. A w ogóle praca w kulturze jest łatwa, lekka i przyjemna i jeszcze można się za darmo zabawić.

Solidaryzując się z wszystkimi źle wynagradzanymi pracownikami kultury uważam, że oprócz mówienia o kwotach i publikowania odcinków wypłaty, jak czynią to np. pracownicy małopolskich instytucji kultury, warto zacząć mówić o zasadach, a właściwie ich braku, jakie rządzą wynagrodzeniami w kulturze.

Chociaż instytucje kultury są instytucjami publicznymi, to w sprawie wysokości wynagrodzeń istnieją tylko dwie regulacje. Dolny próg określa „słynne” Rozporządzenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z 2012 roku w sprawie wynagradzania pracowników instytucji kultury określające minimalne wynagrodzenie zasadnicze na 1050 zł. Górny limit dotyczący tylko dyrektorów określa tzw. ustawa kominowa. Ze świecą jednak szukać dyrektorów instytucji kultury, którzy się do tego progu zbliżyli.

Zupełnie inaczej sprawa wygląda w przypadku pracowników samorządowych, w tym np. pracowników administracji i obsługi w szkołach.  W ich przypadku stawki wynagrodzeń reguluje Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 18 marca 2009 r. w sprawie wynagradzania pracowników samorządowych.

Problem w tym, ze rozporządzeniu są dwie tabele. Pierwsza określa stawki dla pracowników zatrudnionych w urzędach gmin, starostwach powiatowych, urzędach marszałkowskich. Druga tabela – z niższymi stawkami – dotyczy pozostałych pracowników samorządowych, tj. na przykład pracowników administracji i obsługi szkół.

Takie uzależnienie płacy od miejsca pracy, kwestionuje Związek Nauczycielstwa Polskiego. Według ZNP wprowadzenie takiego dualizmu nie ma podstaw prawnych i jest przejawem dyskryminacji. Mówiąc wprost chodzi o to, że nie ma żadnego powodu, żeby w ten samej gminie pracownicy na porównywalnych stanowiskach otrzymywali różne wynagrodzenia w zależności od miejsca pracy. Jak przekonują działacze ZNP praca referenta, księgowego czy sprzątaczki powinna być wynagradzana według tych samych zasad bez względu na to, czy jest wykonywana w urzędzie czy szkole.

Idąc tym tropem nie ma powodu, żeby referenci, instruktorzy, animatorzy, specjaliści czy kierownicy w centrum kultury zarabiali mniej niż referenci, inspektorzy, specjaliści czy kierownicy w urzędzie miejskim w tym samym mieście. Nie ma też powodu, dla którego dyrektor domu kultury, czy biblioteki zarabiał mniej niż na przykład dyrektor szkoły.

Wiem, że urzędy i szkoły działają w zupełnie innym porządku prawnym niż instytucje kultury. Rzecz w tym, że istniejący porządek panujący w kulturze sankcjonuje i utrwala nierówności, jakie dotykają pracowników kultury.

Paweł Kamiński

Prezes Stowarzyszenia Dyrektorów Samorządowych Instytucji Kultury